2009-11-18 08:38:19 >> 393
Mogę się zachłystnąć dotykiem drugiego człowieka. Jego palcami wplątanimi w moje włosy, tonacją głosu która wlewa się w złaknione ucho milionami impulsów oblewających ciało najmilszymi dreszczami. Jego obliczem, piękną twarzą, boskim ciałem, którego każdy najmniejszy nawet ruch uzmysławia mi jak płytkie jest teraz moje myślenie... Z chciwością wpatruję się w jego kroki, styl poruszania się tak wiele może powiedzieć o drugim człowieku. Jest tajemniczy, choć wiem, jak absurdalnie to brzmi; magiczny niemalże, a połowa tej nieziemskiej siły skupia się w Jego oczach. Wwierca się w moje myśli, wpisując się w nich sporą częścią. Fascynacja zmieszana w nierównych proporcjach z pożądaniem. I chyba ze strachem. Bo przecież ja nic o Nim tak naprawdę niewiem. A jeszcze mnie zaskoczy... Ubrany w czarną, dłuższą kurtkę, z wysoko postawionym kołnierzem przemyka się ulicą w poszukiwaniu mojej osoby. Widzę go, on nie widzi mnie. Fantastyczny komfort sytuacji umożliwiającej mi wpartywanie się w nań z daleka - niedaleka. Jest piękny. Niebezpiecznie piękny. Pięknie niebezpieczny. Bo nieobliczalny.
Zgubię Go. Znowu. Z nadzieją, że znowu będzie mnie szukał i z pewnością, że nie pozwolę mu się na dobre odnaleźć.
Absurdalna gra pozorów. Wyrafinowana zarazem. Smakująca na więcej.
Sen... Kolejny... Tak pięknie przetasowany z rzeczywistością...
skomentuj (1)
2009-11-16 20:18:14 >> 392
Jutro Mama wychodzi ze szpitala. Po 3 tygodniach walki z kiepskimi wynikami krwi, po 2 transfuzjach (w sumie przetoczono Jej 4 jednostki krwi), po walce z bólem, bezsennością, mdłościami, słabościami, brakiem apetytu; ale z nadzieją w sercu - jak zawsze. Jest niesamowicie silna, dzielna, brak mi słów, żeby opisać jej męstwo w tej całej sytuacji. Pani doktor K.nazywa moją Mamę herosem. Chyba sama w to nie wierzy, że Mama się pozbierała... Kiedy 4 września przywieźliśmy Mamę do szpitala, to Dr powiedziała "Przecież Mama nam tutaj umrze...". Ówczesne wyniki wskazywały na to, że już powinna nie żyć. Późniejsza seria 3 napadów epileptycznych (nigdy wcześniej ich nie było) dolała oliwy do ognia...
-Drodzy Państwo, po kolejnym ataku mogę Mamy z tego stanu wyprowadzić. - powiedziała do nas inna, dyżurująca Pani Dr.
Dwa ataki Mama miała na moich rękach. Nie wygląda to tak poetycko jak w filmach... Wygląda to jak spotkanie w żywe oczy z samym piekłem i szatanem. Jeśli możesz wyobrazić sobie wszystkie najgorsze rzeczy na tym świecie, najokropniejsze, to sobie je wyobraź i dodaj do siebie razem z tym wszystkim, co najbardziej Cię przeraża.
Kiedy zabrali Mamę na TK głowy, żeby sprawdzić, czy to może przerzuty do mózgu dają takie objawy, ogarnął mnie dziwny spokój. Powiedziałam wtedy mojej nie dającej się uspokoić siostrze, że to nie przerzuty i Mama nie umrze teraz. Skąd ta pewność? Ja wiem skąd. Modliłam się o cud. I został nam dany. Przerzutów do mózgu nie było. Nie ma. Cud. W tym typie nowotworu to cud. Mama nie była profilaktycznie naświetlona na głowę. Przerwa w leczeniu była długa, a mimo to nowotwór nie przerzucił się do mózgu.
Jak odebraliśmy wyniki, moja siostra patrzyła na mnie jak na dziwadło, które ma jakiś "układ" z "górą".
Prawda jest taka, że wtedy chyba rzeczywiście tak było. Chyba dalej jest...
I tak od tamtego czasu jestem z Mamą w Katowicach. Za I razem spędziłam z nia 3 tygodnie w szpitalu, prawie 4. Spałam z nią, myłam, karmiłam, przebierałam, bo Mama wtedy nie mogła już chodzić. A kiedy człowiek leży, to pojawia się milion problemów, o których się nie myśli na codzień... Teraz Kocham Ją jeszcze bardziej, co dzień bardziej. Za to, że jest, po prostu, podziwiam ją, że jest taka silna, cudowna, mocna, dzielna, dumna i pokorna jednocześnie.
Moja Mama. Dziękuję, za te wszystkie doświadczenia, za te znajomości zawarte w szpitalu, za te historie ludzkie, która swoją wręcz niewiarygodnością (przez wzgląd na trudność życiową), zapierają dech w piersiach i wyciskają łzy z oczu.
Kiedy w urodziny Mamy przyszła do nas Pani Dr K, i wyściskała Mamę nie tylko z okazji urodzin, ale i w końcu dobrych wyników krwi, razem ze mną pobeczała się z radości cała sala równie chorych jak Mama kobiet!
Wiem, że jakkolwiek będzie, będzie dobrze. Dostaliśmy ogrom dodatkowego czasu, a to już samo w sobie jest ważne... I cieszę się, że mogłam być z Nią. Jest ciężko. Jestem cholernie zmęczona, ale to i tak nic w porównaniu do zmęczenia Mamy.
Do przodu. Damy radę. Wszystko będzie dobrze. Musi.
Już wiem, że cuda się zdarzają, bo doświadczyłam tego nie raz w tym całym majdanie doświadczeń...
Damy radę.
Damy radę.
Damy radę.
...
skomentuj (1)
2009-11-10 22:41:11 >> 391
- Jesteś w ciąży...
- ? Nie.
- Ale jak to? Przecież napisałaś, że Wasza córka...
- Ale nie napisałam, że jestem w ciąży. Tylko dlatego tu jesteś?
- Myślałem, bałem się, że...to nie jest dobry moment.
- Nie jestem w ciąży. Czy w związku z tym, te kwiaty są dalej dla mnie?
- Teraz jeszcze bardziej.
Stał tam sobie. Pod szpitalem. Człowieczek z przeszłości. J.K. Nie pozwoliłam się odwieźć do domu. Wsadzanie kija w mrowisko to teraz nie jest moje ulubione zajęcie. Skupiam się na Mamie. Siedzę przy niej w szpitalu i modlę się o cud. I dziękuję za każdy kolejny, przeżyty dzień. Za słońce za oknem, za Panią z kiosku ruchu, która swoją magią nie raz dodała mi siły, za uśmiech Mamy, za to, że zjadła, że wstała, że chodzi, że jej nie boli, że rosną płytki krwi i leukocyty, że będzie kolejna któraś już - niewiem która - transfuzja krwi; dziękuję, że mogę poznawać tych wszystkich straszliwie chorych ludzi i dzielić z nimi często - ostatnie chwile życia. Wiele razy widziałam cień śmierci przemykający się po szpitalnym korytarzu. Zwłoki wynoszone w worku na noszach, mały samochodzik typu melex z drewnianą "paką" i ochydnymi metalowymi drzwiami wywożący ciała do kostnicy, drzwi windy zamykające się i zabierające z sobą sanitariuszy z noszami obarczonymi stygnącym ludzkim ciałem. Winda zjeżdża na poziom -1. Najgorzej jest w nocy, bo winda jest koło wc dla gości, i kiedy tam idę nocą, a na wyświetlaczu nadal świeci się -1, robi się strasznie zimno pod skórą...
Dostaliśmy wiele dodatkowego czasu. I wiem, że to jeszcze nie jest czas na śmierć Mojej Mamy. Wiem to. Ale mimo to drżę o nią w każdej minucie. Nie lubię odchodzić od jej łóżka. Wydaję majątek na taksówki, ale tak jest szybciej - rano szczególnie - teraz kiedy już nie zostaję z nią na noc, to najchętniej proszę o skrzydła, które pozwolą mi dotrzeć do szpitala szybciutko i niezależnie od korków, autobusów i taksówek.
Tak wiele było chwil, kiedy bałam się, że Mama umrze lada moment. To niewyobrażalne, co działo się wtedy w mojej głowie. Na szczęście w takich chwilach resztki zimnej krwi i walka o opanowanie się wygrywają.
Dzisiaj Mama powiedziała mi, że będzie jej żal umierać. Wytłumaczyłam Jej, że to jeszcze nie jest jej czas, że poradzimy sobie z tym, że znowu spada hemoglobina i nie można teraz podać chemii. Przecież będzie dzisiaj kolejna transfuzja krwi. Jutro poczuje się lepiej. Dzwoni telefon, wychodzę na korytarz, na schody. Te chwile mam tylko dla siebie. Łza za łzą. Wyrzucić to z siebie, cały smutek i bezsilność muszę wyrzucić w samotności, żeby do Mamy móc uśmiechać się całym sercem. To jest cholernie, naprawdę bardzo, bardzo trudne.
Tym czasem na sali obok Pani J. powoli żegna się z życiem. Jeszcze niedawno wesoła kobieta, która potrafiła rozbawić całą salę, pielęgniarkę, lekarzy, dzisiaj z najwyższą gracją i pokorą, choć z ciężkim sercem odchodzi...z dnia na dzień coraz bardziej.
Z tym nie można się pogodzić. Ludzie odchodzą. Z pięknymi zyciorysami, z ogromnym plecakiem cierpienia i poczucia bezradności. Tak cholernie sami w tych ostatnich chwilach.
Obiecałam Mamie, że jeśli nadejdzie "ten" moment, będę z Nią... Ciężko mi o tym mówić z uśmiechem na twarzy, tak, żeby poczuła się bezpiecznie. Niewiem, skąd ta siła, ale jest, ciągle i ciągle. Damy radę. Damy.
Dziękuję co dzień, że mogę być z Mamą. Że moja praca, cudowni szefowie, umożliwiają mi to. To cenne. Niezwykle.
I pragnę całym sercem, żeby wszystkie nasze modlitwy o cud się ziściły. Tak po prostu...
Nadal śnię, co noc. Wczoraj śnił mi się A.Tak lekko, miło. Mimo wszystko, dziękuję też za te sny. Bo dzięki nim czasem mam w głowie inne myśli...
skomentuj (2)
2009-09-01 22:03:06 >> 390
Cały dzień minął Mamie bez środków p/bólowych. Aż do późnego popołudnia. Ten atak był okrutny. Wyciskający łzy. Dobrze, że Mama miała założony wenflon. Kilka ampułek pyralginy. Człowiek działa w takich przypadkach mechanicznie.
Weź igłę 8, strzykawkę 10. Naciągnij 2ml Pyralginy, dociągnij soli.Podaj przez wenflon, tylko wolniutko, bo to boli jak sam skurwysyn. Aha, zanim odkręcisz wenflon, przytrzymaj żyłę, żeby nie cofnęła się krew. Podawaj powoli. Potem powtórz czynność, aż podasz całe 5 ml. I tak kilka ampułek. Dla pewności podłącz jeszcze sól fizjologiczną 500 ml i dodaj do tego ampułkę Pyralginy, wymień igłę odpowietrzającą, nie potnij sobie palców szklaną ampułką. Doczekaj do końca kroplówki, zaciśnij wężyk, żeby do żyły nie poszło powietrze. Odłącz kroplówkę. Przepłukaj wenflon, żeby nie zrobił się skrzep. Tak trudno znaleźć żyłę, która wytrzyma podawanie płynów, więc trzeba dbać o wenflon... Uważaj, żeby nie cofnęła się krew, zakręć go. Zabandażuj.
Brakuje mi ramienia, do wypłakania wszystkich nagromadzonych emocji. Z drugiej strony, gdybym zaczęła beczeć, chyba nie mogłabym skończyć...
"Janosik" poszedł do kin. Moja I fabuła, a nawet nie byłam na premierze:) To nic, bo jakbym mogła wybierać ponownie, to oczywiście że zostałabym przy Mamie.
Mieszkanie się remontuje beze mnie. W zasadzie prawie można się wprowadzać. Co prawda nie ma mebli, ale co tam...
Nie mam pojęcia, kiedy wrócę do Warszawy. Czas i życie pokaże. R odwiedza nas co tydzień - na weekendy. Zasiewa w nas uśmiech i całe mnóstwo dobrej energii. Jest odskocznią dla moich myśli. Moim Aniołem stróżem.
A nasza córka będzie miała na imię Ula. Jak moja Mama...