2011-11-17 13:43:34 >> 449

Zazdroszczę tym ludziom. Tego, że mają i znają swoje miejsce na świecie. 

Gdybym mogła zostać tu, nad brzegiem Mekongu...Patrzeć na te kolorowe światła lampionów odbijające się w wodzie...Może wtedy nie miałabym swojego szklanego klosza...


Sylwii Plath.
M.



skomentuj (1)




2011-10-20 20:33:19 >> 448

Ręce trochę bolą.
Pani Doktor ostrzegała. 4 szczepionki, po dwie w każde ramię.
Na wzw b i tak już nie zdążę się doszczepić przed wyjazdem, a w sobotę kolejna partia szczepionek.
Tak. Jedziemy na wakacje.
Na 3 tygodnie do Wietnamu. Na własną rękę.
Bosko. Nie mogę się doczekać.
Nie miałam w zasadzie urlopu w tym roku, więc dostałam w listopadzie całe 3 tygodnie. I tak mi zostanie 14 dni do wykorzystania w tym roku jeszcze.
Zmęczonam pracą. Bardzo. Potrzebuję tego urlopu cholernie, zwłaszcza po to, żeby nie oszaleć.
A może już po temacie?
Chociaż apogeum przemęczenia objawiło się w poniedziałek... Bieżący tydzień, to mój pierwszy tydzień bez poniedziałkowego dyżuru. No i akurat FUCK tego dnia zorganizowaliśmy pokaz nowego filmu Koterskiego "Baby" dla naszych klientów reklamowych. Nie było opcji, że "pierdolę nie idę". Presja mojego nazwiska w napisach, wywarta oczywiście przez władzę zwierzchnią naszej firmy, kazała mi wyjść przed tych wszystkich ludzi siedzących na sali i  postać tam do czasu aż wyczytają wszystkich...Na domiar złego zostało mi tylko miejsce w I rzędzie...  To nie jest moja ulubiona forma spędzania czasu...
Ciśnienie schodzi, w weekend kupimy bilety, plecaki, karimaty i Malaron który mimo że jest na receptę kosztuje jakieś nieprzyzwoite pieniądze.
Jutro koncert Behemota, ale chyba sobie odpuszczę i najnormalniej w świecie pójdę wcześnie spać.

Pora na prysznic. A potem pomaluję sobie paznokcie. I może jeszcze kilka myśli, co by tu jeszcze nabroić...:)


skomentuj (3)




2011-08-01 21:19:30 >> 447

Trzeba uważać.
Zachcianki czasem się spełniają.
I teraz mocno się zastanawiam, co z tym wszystkim zrobić.
Chodzę po cichutku, na samych czubkach palców, uważając, by nie sięgnąć stopą nazbyt daleko. Nie chcę. Jeszcze nie teraz.
Coraz częściej uciekam do myśli, że powinnam być sama. Za bardzo komplikuję ludziom życie. Zbyt mało jest mi potrzebne do szczęścia, aby ludzie odbierali to jako normalne.
A może inaczej...potrafię się cieszyć najmniejszymi blaskami, również mozolną codziennością...i tak często słyszę, że wszystko jest ważniejsze ode mnie samej.
Przecież nie żyjemy dla siebie. Kiedy Kostucha zabiera ostatni oddech, zostają wspomnienia.
Splatają się z każdym neuronem, przenikają z krwią w najciaśniejsze naczynia włosowate. Boję się chwil, kiedy mam czas na odwiedzenie wszystkich pozamykanych pokoi w mojej głowie. Szparą między skrzydłem drzwi a podłogą przeciskają się miliardy obrazów, płyną, lecą, przenikają, falują, oplatają, odbijają się raną w moich źrenicach.
Łapią za gardło...tak, wyciskają łzy, wrzucają w przepaść nieuchronnego letargu, bym resztką sił podziękowała za te bezcenne wspomnienia...
Mówią, że czas leczy rany.
Nieprawda. Ale chyba łatwiej się żyje wierząc w tą bzdurę.


skomentuj (7)




2011-05-23 14:54:09 >> 446

Absurdy w pracy:
Występują: Ja i Marta - asystentka w naszym dziale.

Ja:I co Martuś, znalazłaś te kasety? Jakby co, to są u mnie 2 duże torby z emisyjnymi Liberty z poprzedniego rzutu.
Marta: tak, ale ich nie wysyłamy, robimy jednak nowy film.
Ja: A znalazłaś klatki z tego starego filmu w projekcie?
Marta: Ale masz czadowe włosy.
Ja: Co?
Marta: No włosy Twoje. Czad. Zajebiste są.
Ja: ... e, dzięki.

Marta już jakiś czas temu przyznała się, że jak nie ma co robić, to ukradkiem patrzy się na moje włosy...:) Zafascynowana ich długością do pasa i tym, że są kręcone. No i że blond.
Zwariowała.
Zupełnie jak ostatnio, kiedy okazało się, że pierwszy raz w życiu właśnie je piankę marshmallow. Dodać należy, że Marta ma już dziecko i że zanim nie zaczęła pracować u nas , to nie jadła słodyczy...
Cudna osóbka:)


skomentuj (4)




2011-05-23 06:25:25 >> 445

Bezsenna noc. Wyjątkowo niespokojna.
W głowie mam poukładane prawidłowe koleje losu.
W sercu - pobiegłabym na koniec świata, gdzie nie ma absolutnie nikogo.


skomentuj (3)




2011-05-15 12:18:01 >> 444

U sąsiada za ścianą Metallica.
So close no matter how far.
U sąsiadów z bloku naprzeciw Rammstein.
Taka sobie sprzyjająca okolica.

Grzanki z serem i z salami na śniadanie. Dzisiaj będzie typowy polski obiad. Rosół, schabowy, młode ziemniaki i młoda kapusta.
Ciasto z rabarbarem i gruszkami na deser. Na kolację sałatka z grilowanym kurakiem, musztardowcem i rukolą. Banany z rumem, brązowym cukrem i odrobiną masła.

Rzadko gotuję. Rzadko mam na to czas. A uwielbiam to.
Czasem trafi się taki weekend, którego nie muszę całego spędzać w pracy, kiedy jestem wypoczęta i jest czas na realizację planów siedzących w mojej głowie.

Zbiera się na deszcz. Uwielbiam tą ciężkość powietrza.
Pachnie ciepłym kocem, kubkiem gorącej herbaty, magią papierowych stron książki.
Odrobina lenistwa pomiędzy rozczochranymi myślami.


skomentuj (8)




2011-05-11 22:04:37 >> 443

Wyjazd do Katowic zrealizowany w 150%.
Mieszkanie kupione, akt notarialny opakowany w ładną, ciemno zieloną teczuszkę.
Te kilka dni spędzonych z Kubą, moim chrześniakiem...mnóstwo razy złapał mnie za sam środek serca. Cudny, przekochany, mały spryciarz.

Tiamat w uszach. Za oknem pociagu soczysta zieleń miesza się z najczystszym błękitem nieba.

Koncert Fieldsów był prześwietny.
Uwielbiam, kiedy ta cała mieszanka dźwięków przepływa przez moje ciało, wystarczy na chwilę zamknąć oczy, żeby udźwiękowić każdą komórkę ciała. Znajome twarze. Dobrze to ujęłam, bo tylko twarze były znajome...

Wszystkie marzenia, które dotąd tworzyły kolejne zdania mojego życia, powolutku, bezboleśnie wzbiły się ku niebu. Stado maleńkich, białych motylków o wyjątkowo zwinnych skrzydłach. Mimo nieznośnej lekkości ich lotu, ten zgrabny trzepot zablokował mi płuca. Tracąc z oczu tą misterną, delikatną ławicę motylich istnień, próbowałam złapać oddech.

Wszsytkie zniknęły. Rozpierzchły się wśród cząsteczek gęstego od spodziewanego rozczarowania powietrza. Przepadły bez śladu, zostawiając na mojej twarzy zimny dotyk obojętnego wiatru.
Zasnęłam w tym.
Pod powiekami obraz mojej Mamy, zdejmującej przed śmiercią TEN pierścionek. Śpiewała mi Anathema - a natural disaster.

Rankiem zbudził mnie cichutki szelest. Cichuteńki. I to poranne, świeże czystością rosy powietrze w nozdrzach.
Motyle.
Wracają. Mienią się w blasku nowoodkrytego słońca. Zlatują się zewsząd. Miliony rozsiadają się na białych kartkach dni, tworząc nowe, kolejne słowa. Pozornie bez znaczeń, morfują się w całe zdania. Nigdy nie wypowiedziane marzenia...Z zachwytem patrzę. Z zachwytem...Z nieufnością jeszcze jeszcze przewielką.
Coś się skończyło. Wraz z tym uwolnione zostały moje myśli.One way ticket.


Warszawa przywitała mnie nowymi siłami.
I są. Od tamtego czasu.


skomentuj (2)




2011-04-03 08:21:20 >> 442

Noc krótka, ale obudziłam się wyspana. Wypoczęta. Chyba najbardziej psychicznie.
Fantastyczny wieczór, z fantastycznymi ludźmi.
Decapitated. Świetny koncert. Chociaż fakt - zupełnie inaczej obiera się muzykę, kiedy na scenie są ludzie z którymi za chwilę napijesz się piwa.
Miałam obawy, bo zaprosił mnie mój Klient (jakkolwiek to brzmi...:) ). I to jeden z ulubionych, z którym się rewelacyjnie pracuje nie tylko mnie, ale i wszsytkim w całej firmie. Kobietom szczególnie...:)
Po krótkiej, szczerej rozmowie moje obawy okazały się zbędne, a wieczór był naprawdę przedni. Podbity dobrą muzyką, na długo zapadnie mi w pamięć. Tym bardziej, że szykują się następne koncerty.
To fascynujące, jak długi proces myślowy prowadził mnie na to wyjście:)
Nie mniej jednak, lepszej decyzji nie dało się podjąć.
Za dwa tygodnie Vesania. Idziemy.

Swoją drogą to ciekawe, jak dużo jest mojej pracy w moim prywatnym życiu. Oglądanie reklam (kto normalny ogląda reklamy...) i ocenianie skutków swoich działań, oglądanie filmów do końca napisów, przełączanie kanałów kiedy leci znienawidzony serial, chociaż ostatnio oko oparło się o Przepis na Życie i muszę powiedzieć, że w tym przypadku akurat moje nazwisko w "liście płac" mi nie przeszkadza:); okładka ostatniego Filmu atakuje mnie projektem w którym mam swój udział, Janosik w tv, wyjścia na koncerty, urodziny, after party po branżowych imprezach...tak...trzeba to kochać, żeby w tym wytrzymać.

No, pora się zbierać pod prysznic. Cieplusi, gorący, rozluźniający.
Trzeba tylko zgonić z kolan śpiącą słodko psiurkę...


skomentuj (5)




2011-03-27 21:25:28 >> 441

Myślę o Nim.
Tak bardzo, że wyrzucam sobie, że wtedy i wtedy milczałam.

Da się to naprawić?


skomentuj (3)




2011-03-01 21:56:10 >> 440

Przyziemnie i nudnawo.
Zmęczenie, ziewanie i przywoływanie obrazów.

Do czasu wczorajszego poranka, kiedy to przebiegając korytarzem nieopatrznie rzuciłam kątem oka na człowieka siedzącego przy stoliku w naszym stołówko-poczekalnio-barze.
Głowa pochylona nad gazetą, długie, ciemne włosy opadające na ramiona. I na moje nieszczęście identyczne rysy twarzy.
"Wydaje Ci się, idź dalej".

Poszłam dalej. Do mashine roomu. Wychodząc chciałam się upewnić, że tylko mi się zdawało.
Nie zdawało mi się.
Siedział tam człowiek niemalże z mojej przeszłości. Nie widziałam Go kilka lat już przecież, a mimo to stanęłam jak wryta. A przecież to nie był ON.
Dalej spokojnie czytał gazetę.
Podniósł głowę i spojrzał na mnie, uruchamiając przy tym moje szare komórki i w końcu nogi tym samym.

No dobrze, spokojnie. To obcy człowiek przecież. A ja jestem w pracy.
Przy kolejnej mojej wizycie w "tamtej" okolicy wstał i zawołał mnie po imieniu.
Jakże przewielkie było moje zdziwienie...
Po wymianie kilku zdań połączyliśmy kropki i obrazek sam się narysował.
Byliśmy umówieni, tylko że nigdy wcześniej się nie widzieliśmy, ani nie słyszeliśmy.
Uderzające podobieństwo do pewnego panA.
Fascynujące doznanie.

Zamieniliśmy kilka zdań - fajny człowiek, zafascynowany swoją pracą i moim "Panie M. damy sobie z tym radę:)"
Pracujemy przy jednym serialu, a nie mieliśmy o sobie zielonego pojęcia.
Tak wiele osób "mija" się w taki sposób. Tak wielu ludzi się nie poznaje...

Duuużo pracy.
Jutro w Multikinie w Złotych pokaz specjalny naszej Sali Samobójców dla klientów.
Ciekawe, czy wszyscy którzy potwierdzili swoją obecność stawią się jutro w kinie.
To też trochę ogłoszenie naszego nowego, większego działu 3D.

Zobaczymy, jak będzie nam się pracowało z nowymi chłopakami...


skomentuj (2)




2011-02-05 00:24:25 >> 439

Zmęczenie kładzie się największym cieniem na moich plecach.
Ból.
W każdej pozycji.
W głowie ciasno od tysięcy konfrontacji z własnymi myślami.

Krople deszczu stukają o parapety, przypominając o sobie.
Nie chcę zapomnieć. O deszczu nie chcę zapomnieć.
Jaką przewielką przyjemnością było znów poczuć te małe kroplki na skórze.
Stałam tam, na środku skrzyżowania z twarzą zwróconą w zaciągnięte ciemnością niebiosa.
Nie widzę gwiazd, księżyc schował się pod chmurami absurdu.
Głęboki oddech, zamykam powieki, rzęsy mokre od łez. A może od deszczu...
Czuję, jak skórę mojej szyi przemierza kropelka wody. Biegnie niemalże, zatrzymując się na przydługą sekundę w zagłębieniu obojczyka. Kolejny ruch kieruje ją dalej, znacznie dalej, aż niknie, wchłonięta w wyziębione ubranie.
Rozcieram wodne drobiny na ustach, a ten słodkawy, pusty smak tak celnie wpisuje się we wszystkie roztrzęsione myśli...

Kolejny wdech. Wołanie o ukojenie duszy.
Niech to daremne czekanie będzie naszym ostatnim niespotkaniem.

"...Stoję przy umówionej ulicy
Już tyle lat
I nadal czuję w ustach
Smak nie pocałunku..."


Składam w kostkę wszystkie koce wyczekiwania.
Odkładam na półkę nadzieję wyobrażeń.
Dobrze, że to nie moje mieszkanie.
Trudniej będzie w potrzebie odnaleźć właściwe miejsca.

Aż w końcu przestanę szukać.
Wycieram mokre od deszczu włosy.

Czuję jesień w powietrzu.


skomentuj (3)




2011-01-28 22:31:31 >> 438

Styczeń dobiega końca.
Nic się nie wydarzyło.

Posprzątane.
Pozamiatane pod dywan. No bo gdzie zamieść ten cały ogrom historii?
Kolana otrzepane.
Trzeba żyć dalej.

W poniedziałek powrót do pracy. Matko... jak to przeżyć? Dzisiaj już intensywnie pracowałam przez telefon. I ciagle słyszę od klientów: jak to dobrze, że już wracasz do pracy...

Wzięłam dzisiaj Gripex. Przespałam całe popołudnie i wieczór. Pseudoefydryna. Tak przyjemnie się po niej ziewa. Hiperwentylacja:)
Powinna pobudzać, a tymczasem ja mnie działa wyjątkowo nasennie.
Wspominamy Kajkę naszą. Brakuje Jej. Pies na wózku inwalidzkim, a tak ruchliwa, że czasem ciężko było dotrzymać jej kroku. Zupełnie inny charakter niż Fiolka, mimo, że wychowywały się razem. Kajulki już nie ma. Fiolka nie młodnieje. Dzisiaj nie mogę o tym myśleć. Zbyt wiele strat w ostatnim czasie.

Dzisiaj rządzi Tekken. Absurd jakiś poprostu. Wieczór z grą. Nie grywam w takie gry. Wolę patrzeć. Kibicowanie tego wieczoru urasta do rangi sporego wydarzenia. Są nawet okrzyki w wykonaniu Modża. Pierwszy blant już poszedł, więc wesołości tu nie brak. Wymyślamy sobie cel gry. Że może jednak chodzi o coś zupełnie innego. Pomysłów nie brakuje, po najbardziej chore z chorych.
Pies siedzi na tylnych łapach i prosi o ciastka. Mojo nie wierzy własnym upalonym oczętom. Pies korzysta, więc ilość zjedzonych ciastek przekracza granice rozsądku.
Pora na spacer. Może znowu spotkamy dziką, dzikową rodzinkę, albo lisa przemykającego się w ciemnościach.
Taka okolica.
Niby Wawa, a wcale nie.

Ciemno, cicho, spokojnie.
Tylko na zewnątrz.


skomentuj (3)




2011-01-26 21:17:10 >> 437

Pamiętam Cię.
Bardzo dokładnie.
Potrafię w pamięci odtworzyć rezonans w jaki Twój głos wprawiał moje ciało. Dałeś mi siebie miliony lat świetlnych temu, ale ja pamiętam...
Ukradkiem przyglądałam się Twojemu obliczu i zapamiętywałam. Również po to, żeby dziś móc napisać te wszystkie niespełnione zdania.
Już wtedy, tam w tej knajpie "...somehow I knew you could never, never stay...". Chociaż tak bardzo tego chciałam cała JA.

Nienawidzę, kiedy mijam kogoś, kto nosi Twój zapach. On powinien być tylko, tylko Twój. Dla mnie zawsze takim będzie. Twoim. I może, zapewne, już wcale nie jest Twoim. I może, zapewne, masz już kilka nowych zapachów, to dla mnie tamte zamszyste nuty zapachowe przyporządkowały się do segregatorów ze wspomnieniami o Tobie. Pożółkłe stosy kartek obarczonych rozrysowanymi uczuciami. Ale są. Skrzętnie skatalogowane pod jednym jedynym hasłem. Ty.

Obudziłam się dzisiaj bez Ciebie. Mimo, że kilka sekund wcześniej, tam, po drugiej stronie rzeczywistości mogłam bezkarnie spoglądać na Ciebie przez moje prawe ramię. Stałeś i rozmawiałeś z kimś, pomiędzy słowami rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie, że jesteś, że będziesz. Odpowiadałeś moim zachłannym Ciebie oczętom. Intensywność doznań, mimo, że tak bardzo nierzeczywista, wypełniła cały świat cudną mgłą spełnienia. Potrafisz pokolorwać mój świat mimo, że wcale Cię w nim nie ma, wiesz? Nie wiesz. Bo i skąd masz wiedzieć.

Pamiętam Cię. Nie potrafię zapomnieć. Nie chcę. Oboje mamy zupełnie inne życia. Totalnie osobne i w najmniejszym stopniu od siebie nie zależne.
Ja wiem, że to jest żałosne, że ja ciągle o Tobie.
Udaję, że to wcale nie jest żałosne.
Udaję, że to bardzo, bardzo piękne.

Zupełnie jak wizyta w galerii sztuki nowoczesnej. Bo piękne historie warte są zapamiętania. Uwagi umysłu.

Nie ma dnia bez Ciebie.
Zakazany temat.
Rozbłyska żółte słoneczko.
U mnie noc najciemniejsza ze wszystkich.

Śpij. I śnij pięknie.



skomentuj (3)




2011-01-25 22:32:08 >> 436

No.
4 godziny snu w ciągu dnia. W zasadzie z rana. Antywłamaniowe żaluzje opuszczone do granicy półmroku w pokoju. Za oknem padający śnieg. Tu powinna się pojawić FB ikonka LT...
Odpadłam.
Od kilku dni mieszka z nami Mojo. Dlatego alkoholowo-blantowo-dyskusyjne wieczory kończą się dość późno. Albo wcześnie.
A Mojo wstaje na plan o 6.
Pies szczeka.
Ze względu na leki które teraz biorę, senność siedzi mi na plecach i trzyma w łapkach cieplusi kocyk. Zaprasza do spania zawsze i wszędzie.
Jutro powlokę się do lekarza. Znowu.

No. Ale te wieczorne dyskusje. O wszystkim. Blanta odmawiam, bo nie palę, alkoholu do wczoraj przez wzgląd na antybiotyki również odmawiałam. A teraz mamy temat: jak biegać w "drewniakach", żeby ich nie zgubić. I dlaczego Kaczyński nie jeździ na nartach? Bo nie żyje... żarty niewybredne. I czy lubimy swoją pracę. Temat rzeka. Bo przecież każdy z nas może bez końca opowiadać jak go wkurwia nieziemsko jego praca, a i tak tam wracamy. Bo w sumie to śmiesznie jest. A przecież wszędzie dobrze gdzie nas nie ma.

A w telewizji mówią o tramwajach szczecińskich. I o psie który przez 3 dni płynał na krze. Baltic. Uśmiech samiostnie pojawia się najpierw w głowie, potem w zalążku serducha, wędrując pod skórą na usta.

Śniła mi się moja córeczka. Dopiero co urodzona. Była śliczna i zdrowa. Maleńka. Sprawdzałam czy ma po pięć paluszków przy rączkach i stópkach.
I przy tym wszystkim była moja Mama. I Tata. Z nieodłącznym papierosem...

Są. Czuwają.


skomentuj (3)




2011-01-21 10:22:19 >> 435

Trochę mi się popieprzyło.
W głowie też.
Czuję, że się miotam, próbując wybrać jakąkolwiek drogę, nie mając pewności o słuszności którejkolwiek z nich.
Koszmar, a na dodatek liczę na zrozumienie, na które nie mam prawa liczyć.
Bywam egoistką.

Do tego choróbsko. Krtań, zatoki, gardło.
Wolny czas zaowocował zaległymi wizytami u lekarzy. Już dawno powinnam to zrobić.
Tylko że to wcale nie jest przyjamne.
Boję się jak cholera.
Że coś wyjdzie, że coś jest nie tak, a przecież wiem, że coś jest nie tak.
Przy zwykłym osłuchiwaniu płuc u internisty lekarz musiał mi przypominać, żebym zaczęła oddychać (!). Żałosne, wiem, ale ten strach...paraliżujący.
We wtorek kluczowa wizyta.
Nie mam pojęcia, jak znaleźć siły na "tą" wizytę.
Problem od dawna odkładany na półkę.
Kiedyś trzeba. Będzie dobrze. Musi.

Po drodze okazało się, że mam uczulenie na więcej substancji niż tylko doksycyklina (o tym wiedziałam już dawno).
Więc oprócz wychodzenia z masakrycznego kaszlu, który przejść nie chce mimo antybotyku, próbuję dojść do ładu ze skórą.
Na początku tygodnia - senność nieustająca. Im bliżej poniedziałku, tym gorsze moje spanie w nocy. Najlepiej śpi mi się pomiędzy 20:00 a 23:00. Potem nie mogę zasnąć, a od 4 już tylko patrzę na zegarek i zastanawiam się, za ile zrobi się jasno za oknem.

Nie przeczytałam ani jednej książki przez cały tydzień.
Jutro firmowy wyjazd do Kazimierza. Na weekend. Nie wiem, czy się fizycznie ogarnę do tego wyjazdu.
Póki co mam poczucie, że chętnie zostalabym w domu na amen.


skomentuj (4)




2011-01-09 19:46:40 >> 434

No, tak oto dobiega końca przedłużony weekend, jakże dla mnie zbawienny.
Niechciejstwo powrotu do pracy jest ogromne, tak fizyczne, jak i psychiczne.
Wiem, że nie powinnam narzekać. Bo po pierwsze mam pracę, po drugie nie najgorzej płatną, po któreś tam w podobno prestiżowej branży. Mało tego, skończyłam studia w tym kierunku, a to już prawdziwa rzadkość, żeby po szkole robić to, czego się w niej człowiek uczył.
Tylko że ostatnie miesiące były tak cholernie intensywne pracowniczo, że przydałby się jeszcze miesiąc, żeby odpocząć.
Gdzieś bardzo daleko, z tyłu głowy rodzi się myśl o Dziecku.
Raczej zaczynam dopuszczać do siebie taką myśl.

Nie mniej jednak zanim, jeśli, to w głowie jeszcze tyle planów do spełnienia...

Pod moją ręką śpi Fiolka. Jest taka ciepła. Opiera łebek na moim udzie.

Wczoraj oglądaliśmy z przyjaciółmi między innymi Wszystko Co Kocham.
Film miękki, zbyt łagodny jak na to tło historyczne. Ale... tyleż sentymentów, wspomnień muzycznych i idących w parze z tym uderzeń serca.
Każdy chłopak pewnie miał na swoim osiedlu Panią Sokołowską, tak wielu z nas otwierało skrzynkę pocztową na klatce schodowej jak nie walnięciem w nią, to "wytrychem", pierwsze miłości, bez których zdawało się, że nie będzie można żyć, bunty, wybory, trudne decyzje, całe mnóstwo problemów w tle, puste sklepy, Jaruzelski w tv, manifestacje, pochody, kłopoty dorosłych. Żyliśmy w tych czasach, i choć byłam małą niunią, czuję na plecach ciężar tego ogromu ówczesnej rzeczywistości.

Był też wczoraj z nami Nicolas Cage (uwielbiam...) w Złym Poruczniku, a dzisiaj Beats of freedom. Tak pięknie podbiło to wczorajsze doznania.

Teraz obok leży książka - Duch wychodzi (Philip Roth), powoli przechodząca przez moje oczy do serca, przesączając się po drodze przez wielobarwne filtry moich wszystkich przeżyć.
Dłożywszy przeogromny sentyment, który towarzyszył zakupowi tej książki, smakuję każde przeczytane słowo.
Fajna jest.
Zobaczymy, jak się skończy ta nie łatwo zaczęta histora...


skomentuj (3)




2011-01-06 17:27:33 >> 433

Oh, cóż za leniwy dzień.
Zupa dopiero się robi, pranie się pierze. Ja się obijam do granic przyzwoitości. No, może nie całkiem, mam już dzisiaj za sobą kilka prań, odkurzanie, mycie naczyń. No dobra, nie ja, tylko zmywarka zmywała. Ale to ciężko było się zebrać do tego, żeby ogarnąć ten pierdolnik.
Gdzieś po drodze przysnęłam, przytulona do psa. Pies, hmm. Mamy za sobą w sumie ciężki poranek. Psu zebrawszy się na wymioty. W wyjątkowo niewygodnych dla mnie miejscach, w tym w jej własnym legowisku.
Nigdy tam nie śpi, ale puścić tam pawia - czemu nie...

Jutro mam urlop. Dzień wolny od pracy. To tak jak dzisiaj, z tym że już miałam szansę dzisiaj popracować. Kilka telefonów, że problem, że gdzie jest negatyw, że coś nie działa tak, jak powinno i że zrobimy to, ale później. Ale zrobimy. Obiecujemy.

Wieczór cały dla mnie. Odżywki na włosy, malowanie paznokci, nieprzyzwoicie długaśna kąpiel pod prysznicem, malinowy balsam do ciała. A potem wtulę się w mięciutki, nowiusieńki szlafroczek. Biały w szare kropy. Długi, przytulny, dający jakąś niewyobrażalną błogość.

Chowam się w snach. Tworzą się światy tak piękne, że można ich dotknąć, poruszać się w ich rytmie nieistniejącej melodi.
Stoję przy oknie, ta bliskość...oszałamiająca. Muśnięcia opuszków palców, cichy, melodyjny szept.
Umiłowany zapach, przecinający ciszę kompletnym poczuciem niepewności. Nic to, bo szukające się spojrzenia w lot łapią ten sam horyzont, wytyczając wspólnym krokiem drogę na najbliższe, umiłowane, cudnie duszne chwile.
Wbiegam po schodach, siedzimy w samochodzie, pijemy piwo - on na kanapie, ja w fotelu.
Długa była ta kolejka, ale nie chcemy w niej stać.
Pójdziemy inną drogą, nie czekając na swoją kolej.
Wychodzimy. Tym razem we dwoje.


skomentuj (2)




2011-01-03 23:24:03 >> 432

Były gorące maliny z lodami w Panewnikach.
I był padający śnieg.
I przyszedł spokój w pewnej chwili. Był też oddech - taki głęboki, dający poczucie lekkich, otwartych płuc.
Tam, w Ustroniu, na Równicy, w okalającej ciemności, z widokiem z Góry na dolinę miast.
Miliony migających światełek, głucha, acz przepiękna cisza, tuląca do siebie ogrom zmarzniętej białości dookoła.
Ów śnieg pod butami śpiewał  w rytm moich kroków w absolutnej ciemności, a wyobraźnia wzięła pod rękę nieśmiałość i spowiła nowe marzenia. Może i zbyt daleko idące... i co z tego?Tam, w głowie, w odwadze serca wszystko przecież wolno.
Było mi dobrze. Spokojnie. Uśmiechałam się do własnych myśli.
Pyszny, ciepły posiłek złagodził drżenie zimnych dłoni i wyciszył kołatanie rozbuchanego niespełnionymi wizjami serca.
Cudne miejsce to było, jest przecież.
Tłum ludzi, a mimo to można było czuć się wyjątkowo indywidualnie.
Ciepłe światło świec zalewające wnętrze roznieciło małe światełko w samym środku mnie samej.
Wspomnienia, plany, chciejstwa.

W TV reportaż o tym, jak NFZ odmawia chorym na raka leczenia.
Na moim nadragstku miga odbitym światełkiem bransoletka Fundacji Rak 'n' Roll.
Wracam na ziemię z prędkością rozczarowanych myśli.
Tylu ludzi umiera tu, w tym kraju zupełnie bez sensu...


skomentuj (1)




2010-12-30 18:36:58 >> 431

Kiedy już o 2:00 udało mi się w nocy dotrzeć do Katowic, w mieszkaniu zastało mnie zimno przeokrutne. Zakręcone kaloryfery dały znać o sobie tuż po przekroczeniu progu. Poodkręcałam je na maxa, ale niewiele to pomogło. Na takie rozgrzanie zziębniętych kątów potrzeba czasu niestety.
Z powodów nie-wewnętrznych nie mogłam zasnąć. Ciepełko psiego ciałka łagodziło lodowate, nocne powietrze. Schowałam się cała pod kołdrą, z nadzieją, że w końcu zasnę. O 4:30, nadal nie śpiąc, wskoczyłam w szlafrok, bo drżenie całego ciała nie pomaga w zasypianiu raczej...Zimne stopy i dłonie. Nerwy zrobiły swoje.
Zasnęłam po wielkich mękach godzinę później, wstając o 8:30.
Dzień zawieszony pomiędzy migającymi przed oczami obrazami z przeszłości, a brutalnymi powrotami do rzeczywistości, powodowanymi telefonami z pracy.

Katowice.
Moje miasto od zawsze.
Tak rzadko tu bywam ostatnimi czasy.
A tyle tu wspomnień, uczuć, obrazów. Tylu znajomych, tak życzliwych mimo upływu lat.
Spotkałam w sklepie na osiedlu Mariusza. Tak ciepło się uśmiechnął. Kilka słów zamienionych w przelocie, ale z wielkim sentymentem.
Spotkania z ciotkami, moją Mamą Chrzestną.
Upiekłam ciasto cytrynowe.
Cudny zapach...


skomentuj (3)




2010-12-28 23:59:20 >> 430

Mieszkanie wysprzątane. Został jeden pokój, w którym mieści się wszystko-z-czym-niewiadomo-co-zrobić.
I pranie się tam suszy.
Może jutro...

Dostałam awans w pracy. I podwyżkę. Zastępca Szefa Działu. Chyba nie było dotąd takiego stanowiska. Dostanę więc nową umowę o pracę.
I nie chodzi o chwalenie się, tylko o ironię losu.
Bo w szufladzie mojego biurka leży wypowiedzenie umowy o pracę. Wyprodukowałam je w jakiś totalnie popieprzony wieczór w pracy. Kolejny po tym, jak siedziałam tam do 3:00 nad ranem.

W II tygodniu stycznia mamy wrócić do rozmów. Jestem przemęczona. Do granic ludzko-pracowej wytrzymałości...


skomentuj (4)




2010-12-28 09:37:27 >> 429

Mam urlop.
Do końca tygodnia.
Wczoraj rozpoczęłam go pobytem w pracy...a potem zakupami - płyty z ukochaną muzyką i kilka eksperymentów.
No i książki. 3 nowe, pachnące farbą drukarską nabytki - Pat Conroy - Na płudnie od Broad, Janusz Głowacki - Good night Dżerzi i Marcel Pagnol - Chwała mojego ojca; Zamek mojej matki.
O świętach nie chcę pisać, bo nie było łatwo.
Mam zdjęcie z przed dwóch lat - zdjęcie na którym łamię się opłatkiem z Mamą...
I Tatko, jak zawsze lekko znudzony i z myślą wypisaną na czole "chcę już wrócić do swojego świata".

W I dzień świąt jak zawsze późnym popołudniem odwiedziliśmy Bazylikę w Panewnikach. Mam sentyment do tego miejsca. Rodzinny. Ojciec Justyn Widuch (rodzina ze strony mojego dziadka) zaistniał w tej parafii również jako proboszcz.
Trafiliśmy na mszę, cudnie było.
Nie jestem częstym gościem w kościele, ale ta msza była wyjątkowa. Ksiądz o melodyjnym głosie, gitara, miliony światłek i uśmiechnięci, choć zadumani ludzie wokół. Przepiękna sceneria. Tyle myśli schowało się z tyłu głowy.
Tradycyjnie też odwiedziliśmy ruchomą szopkę i zwierzątka Franciszkanów. Kuba był zachwycony, uwieszony na moich rękach, nie raz oboje wyrżnęlibyśmy orła:)

Brakowało tylko wyprawy na lody do kawiarenki obok szpitala kolejowego. Rok temu podawali tam cudny deser z gorącymi malinami.
Nie omieszkam sprawdzić tego i tej zimy.

Bywa, że roznieca się w moim sercu iskra. Tak, jak wczoraj rano. Takie ciepełko, które chciałoby nieść wieści, że jeszcze coś może mnie zaskakiwać, ucieszyć tak niespodziewanie. Tak, że nie muszę myśleć o tym, że powinnam się ucieszyć. Rozgrzały mi się zmarznięte dłonie. Uniosły się kąciki ust.
No tak, pora wracać na ziemię.
Cuda się zdarzają.
Króciutkie, maleńkie. Tak chcę je widzieć.

Dzisiaj sprzątanie. Jutro wieczorem może uda mi się wyjechać do Katowic. Kilka spraw do pozałatwiania. Dostałam w końcu pismo z Urzędu Miasta z wyceną mojego mieszkania. Pozostaje tylko potwierdzić i wydać połowę oszczędności na jego wykup...

Czasem mi się wydaje, że takie momenty jak wczorajszy poranek wymyśla moja głowa. Że takie rzeczy się nie zdarzają przecież. Tak bardzo można się tym nakarmić, tak bardzo trzeba się pilnować, żeby nie być "za bardzo".
Dobrze, że są takie chwile. Dobrze jest poczuć, że ma się serce. Marzenia. Tak, marzenia...


p.s. dalej lubię deszcz.



skomentuj (5)




2010-11-29 20:40:48 >> 428

Pięknie jest.
Cicho. Głucho. Cudnie biało.
Niepokój w sercu.
Miliony wspomnień na samym wierzchu mojej czułości.
Rodzice, Babcia, Kajcia, Artur, wielkie, do dziś nieodżałowane straty.
Za kilka dni minie rok od śmierci Mamy.
Przestrzeń mojej głowy nie mieści póki co wizji zbliżających się świąt.
Kiedy myślę o Wigilii, widzę nas w trójkę przy stole, w wielkim, pustym mieszkaniu.
Monika, Kubuś i Ja.
No psy.
Rok temu na święta Bożego Narodzenia był jeszcze Tata. Dostał ode mnie w prezencie książkę, której nie zdążył przeczytać.

Pięknie jest.
Cicho. Głucho. Cudnie biało.
Ciężar mojego serca ściąga je w okolice moich kostek. Wlecze się po ziemi, kalecząc się o idealnie skonstruowane płatki śniegu.
I nie ma krwawych śladów.
Jest tylko spojrzenie zawieszone na tańczących, lodowych drobinkach; na monumentalnym świerku, na sączącym się przez gęstość powietrza świetle latarni.

Lubię taką zimę. Jest prawdziwa.



skomentuj (2)




2010-11-05 20:48:27 >> 427

Trudny dzień.
Szalony poranek okupiony przeogromnym bólem głowy.

Tak wiele niuansów, dróg dla wyobraźni.
Trzymam ją krótko na smyczy, ale żaden to sposób...
Kuszą mnie pewne sytuacje.
Fakty.
Obecności.
Świadomość obecności.

W nocy śnił mi się R.G. Dzisiaj okazało się, że czekają mnie z Nim dwa projekty.

Uczę się wypowiadać swoje zdanie. Zobaczymy, ile będzie mnie kosztować ta odważna-lekcja-auto-edukacji.
W półmroku zmęczenia, przy świetle świec rozdrażnionego umysłu, przepuszczam przez palce smukłe cienie dzisiejszego dnia.
Snują się powłócząc nóziami, wędrując niewiadomo gdzie i po co.
Raz po raz spoglądam w okno,zupełnie jakby miał się w nim pojawić właśnie On. Teraz zaraz. Tyle już czasu minęło, a ja ciągle o Nim...
Oddech uspokaja się po szaleńczym pędzie schodami prosto do gardła nadciągającego szaleństwa.
Zdarza mi się, że moje wyobrażenia wygrywają z rzeczywistością.
W samym środku idealnych poglądów, siedzi we mnie naiwne dziecko z kolorową piłką nadziei w lodowatych dłoniach.
Wewnętrzna strona ucha kubka który grzeje zlodowaciałe palce jest nad wyraz chropowata.
Chciałabym ją ugłaskać do cudnej miękkości.


skomentuj (2)




2010-10-24 11:50:50 >> 426

Herbata i ciastka korzenne na śniadanie.
Pachną mi cynamonowo-waniliowe świeczki.
Jest taki plan, żeby dzisiaj kupić karnisze do mieszkania.
Firanki pewnie oswoiłyby to miejsce.
Buro za oknem.
Trzeba się zebrać do działania. Teraz. Zaraz.
Ale tak dobrze mi się pisze.
Do niego.
Z nim.

Dynia czeka na oprawienie.
Zupa krem.
Dawno nie gotowałam.


skomentuj (2)




2010-10-09 01:05:27 >> 425

Kolejny cudowny dzień pracownika zawalonego projektami.
I do tego wpadł nowy serial.
I hmm, myślałam, że mam jednego "ulubionego" pracownika. Ale zapomniałam o moim najlepszym "przyjacielu" w pracy.
Dzisiaj pożegnał się ze mną słowami "miłego weekendu, wychodzę".
Miał wprowadzić poprawki do reklamówki, którą przejełam od innego koordynatora, bo 'pomiędzy K i K już nie będzie współpracy.
Zamiast tego, poszedł do domu w pizdu jego mać - chociaż obiecał, że popracuje nad tym.
Teraz pomiędzy K i M też nie będzie już współpracy.
Poradziłam sobie bez niego. Jak zawsze.
Na szczęście kolega złożył wypowiedzenie i za kilka chwil jego miejsce zajmie ktoś inny. Nie jest mi smutno z tego powodu.
I w ogóle już dzisiaj nie jest mi smutno.
Urodziny Tadka, ludzie, knajpa, alkohol, dym z fajek, śmiech, przyjaciele.
Dobra, acz przedziwna mieszanka na nie-dobry czas. Przywróciła się równowaga. Wróciła świadomość, że są fajne rzeczy na tym świecie. Nawet, kiedy nie ma się na nie czasu, to one poczkają. Są. Będą.
El Dupa i Natalia w Brooklynie.
A teraz bose stopy i ciepła, drewniana podłoga.
Żelki z domieszką wina.
Pies zjadł resztę mojego obiadu ze stołu.

Przynajmniej się nie zmarnowało...


skomentuj (0)




2010-10-01 22:59:21 >> 424

Szkolenie z komunikacji...
Dla mnie to kiepski moment. Bo z niektórymi ludźmi w pracy i tak już nie chce mi się chociażby gadać, nie wspominając o rozmowie. W zasadzie z jednym człowiekiem. Mam w sercu poczucie nie rozwiązywalności pewnej sytuacji,  wiem, że z NIM nigdy nie dojdę do porozumienia. W sumie, to już mi na tym nie zależy. Nie jestem w stanie zaufać mu w najmniejszym stopniu. Próbowałam, naprawdę. Nie raz. Bez jakiejkolwiek odpowiedzi po drugiej stronie. Na "pocieszenie" dostałam słuzbowego iphona. A dzisiaj za pracownicze zasługi, butelkę wina od szefa. Białego. Bosko. Mam nadzieję, że da się wyczuć w tym stwierdzeniu ironię...

Samotny, zimny wieczór. Nawet nie chce mi się sięgnąć po książkę. Gdzie mój zapał, inicjatywa? Rozpłynęły się w niechciejstwie i w głupich tłumaczeniach.
Może trzeba takich chwil. Może trzeba czasem odpuścić. Nie chce mi się nawet sięgnąć po książkę. Boję się dzisiaj schowanych w nich historii. A może jednak by tak uciec na chwilę od bałaganu dookoła w ten wyjątkowy świat słów?
Kąpiel, gorąca, pachnąca. Chyba raczej szybki prysznic i łóżko. Zmęczenie wychodzi ze mnie ziewaniem i przecieraniem oczu.
Położyłabym sie na Jego kolanach, jego palce wplecione w moje włosy z każdą sekundą zbliżałyby mnie do snu. Tego upragnionego. I spokojnego. Bez budzika o 6:00 i ciemności za oknem.
Za ten luksus zapłacę pewnie wybudzeniem ze snu w środku nocy, jak R wróci z rajdu po knajpach.



skomentuj (2)




2010-09-20 19:56:00 >> 423

...bo czasem chciałoby się tyle powiedzieć. Albo nic nie mówić, tylko podejść bliżej. Dotknąć. Pobyć.

 


skomentuj (3)




2010-09-11 07:56:48 >> 421

Szpilka w żołądku.
Przewierca się przez wszystkie moje wewnętrzne powłoki.
Wyszła wczoraj przez oczy i tą samą drogą wróciła.
Zaszczypała mnie w policzki słoność moich łez.

Otarte w rękaw.
Nic się nie stało.



skomentuj (1)




2010-09-10 11:15:36 >> 420

Frustracja pourlopowa sięga zenitu.
Wkurw na pracę pokazuje swój bezmiar, a rozwój wszelakich sytuacji pracowych owiany jest szalem totalnego absurdu.
Urlop jednak pozwala się zdystansować...

Z wakacji wróciłam z pierścionkiem zaręczynowym wręczonym mi na statku pełnym morzu. Wzięłam. Ale oboje wiemy, że ślubu nie będzie. Nie chcemy.
A pierścionek? Może w końcu rodziny dadzą nam spokój  pytaniami w stulu "No to kiedy...?". Przynajmniej na jakiś czas.

Probuję wyjść na prostą z moim popieprzonym życiem. Rzadko bywam egoistką i nie najlepiej mi to wychodzi. Dlatego sporo kroków podejmuję przez pryzmat "żeby większości było lepiej, żeby ucierpiało jak najmniej osób".

Szczerze mówiąc, odjechała mi wszelaka ambicja. Na urlop wzięłam za mało książek. Po tygodniu nie miałam już co czytać. W połowie II tygodnia przestałam targać ze sobą wszędzie służbowy telefon. Przydałby się jeszcze jeden tydzień.

Mam ochotę wyjechać z tego kraju i wracać tu tylko raz na kilka miesięcy.
W odwiedziny.

...


to pewnie ten dzisiejszy wkurw...


skomentuj (3)




2010-08-14 12:19:02 >> 419

Piątek 13.
W sumie teraz to się nawet do tego uśmiecham.
Dwójka dorosłych ludzi, a zachowują się jakby mieli po 15 lat.
Na swój sposób jest to urocze.
Co poradzić.   
I wiem (czyżby?), że moja potrzeba Jego obecności w moim życiu stała się istotnym elementem. Wiem, że na pewno mogę Go już nazwać przyjacielem.
Wiem, że czasem mam skłonności do dramatyzowania, ale wczorajsza sytuacja wydaje mi się teraz być bardzo zabawną. Dużo tego "wiem". Coś się zmienia. Pojawiłą się pewność w moim życiu. Przychodzi małymi krokami.
Co się stało?
Zostałam przytulona. I ktoś to zobaczył. W sumie to nic dziwnego, ludzie się przytulają. W obliczu tego, że A. ma dzisiaj urodziny, to tymbardziej nic dziwnego. Ale... kto zna choć trochę Pana A. ten wie, że do wylewności to mu raczej daleko jest:)

Za tydzień urlop. Nie byłam na urlopie od 8 lat...
Nie mam pojęcia, jak sobie poradzę z nową sytuacją:) Zabiorę mnóstwo książek pewnie ...
Nasz pierwszy wspólny urlop z Rafałem. Poza kilkoma weekendowymi wyjazdami nie przypominam sobie, żebym przebywała z nim aż tyle. Biorąc pod uwagę, że mamy totalnie odmienne preferencje dotyczące spędzania wolnego czasu, to może być różnie.
Wiem jednak, że potrzebuję zmiany otoczenia.
Odpoczynku. Chociaż od myśli się nie ucieknie przecież. Od wspomnień tym bardziej.
Wszystko to popieprzone.
Popieprzonych też mamy sąsiadów, których wzajemne zaszłości powędrowały dość daleko, a ona ma męża, który właśnie do niej przyjechał... Ludźmi są fajnymi, tylko czy coś nie może być proste? Skoro się Kochają, to nie mogą być ze sobą tak ... po prostu...?No dobra, wiem. Droga do celu nie zawsze jest miła i przyjemna. I cieszę się, że te dwie duszyczki odnalazły szczęście w swoich ramionach, tylko ktoś przecież na tym ucierpi...
A mnie się marzy nieskazitelna biel.
Taka rażąca, prosto z reklamy proszku do prania białych rzeczy. Niczym nie skażona, no, może tylko Słońcem przebijającym się przez przeploty tkaniny.
Marzą mi się proste drogi, niech będą pod górę, ale żeby chociaż przez chwilę prowadziły prosto.

Śniła mi się Mama. W białej sukni ślubnej. Dobrze się czuła, więc powiedziała, że musi iść do lekarza, póki jeszcze wszystko jest dobrze...
Krótka historia z milionem przekazów na raz. Pewnie nie muszę pisać, jakie mam myśli w głowie po takim śnie...

I śniła mi się nasza Kajcia - biegająca, szczęśliwa...


skomentuj (5)



dodaj zobacz

2011
listopad
październik
sierpień
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
październik
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
marzec
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień


ostrożnie, powoli, powolutku...

Miejsca umiłowane
Mikael On Nam wynajmował mieszkanie
Chomikowo
Opuszczone
Bajki 2 Bajki PRL-u 2
Bajki Bajki PRL-u
T.Jastrun Uwielbiam...Sama magia
Martunia
Siudmak
Forum Filmowe
Filmowo
J.L. Wiśniewski
KJ
Giger
Polskie Zamki
Beksiński
Takiego kiedyś sprawię sobie psa
J.C.
SDM
Miciński
Studia moje

Codziennie...
Gaijin
Wussup
Masakrytyczna
Jacy
smierc-asium
Rzeszut
Szeptanki
Marcioszek
Esone Talent i Bliskość
Rebelium
Martunia
Katharsis


Powered by blog.pl
Layout by niedziela